sobota, 31 października 2015

Mercedesy z reguły wygrywają parami ale mistrz jest tylko jeden!

Czytając moje poprzednie posty mogliście się zapewne dowiedzieć że nie jestem fanką dominacji jednego kierowcy. Uwielbiam walkę do ostatniego wyścigu, zakrętu który ma wyłonić tego wybrańca - mistrza świata.
Już w Austin stało się jasne że Hamilton nie ma sobie równych i to właśnie on założy mistrzowską koronę po raz trzeci w  swojej karierze.
Ale po kolei. Pogoda w Austin nie dopisywała praktycznie cały weekend. W piątek odwołano jedną sesję treningową a sobotnie kwalifikacje przełożona na niedzielę ze względu na to że lało. Obawiałam się najgorszego czyli odwołania zawodów lub skrócenia ich i oddania kierowcom tylko połowy punktów. Jednak huragan Patrycja okazał się łaskawy dla Formuły i wyścig odbył się zgodnie z planem.
Miałam nadzieję ze Rosberg po świetnych kwalifikacjach zdoła utrzymać pierwsze miejsce w wyścigu jednak Lewis już na pierwszym okrążeniu zdołał wyprzedzić swojego kolegę z zespołu i objąć prowadzenie. W między czasie Nico spadł na piątą pozycję. Momentalnie za Lewisem znaleźli sie kierowcy Red Bull Racing. Miałam nadzieję że albo Ricciardo albo Kvyat powalczą p pierwsze miejsce w takim stylu jak kilka lat temu, kiedy ten zespół zdobywał podia i tytuły mistrzowskie.
Po raz pierwszy od dawna wyścig podobał mi się od początku do końca. Na torze naprawdę dużo się działo, nie mogłam się nudzić. Obecna była walka jak i Safety Car. Mimo iż Grand Prix nie należało do tych, które mogłabym oglądać jednym okiem, to mam mieszane uczucia.
W Austin wygrał Lewis Hamilton, drugi była Nico Rosberg a trzeci Sebastian Vettel.  Do mety nie dojechało ośmiu kierowców. Trochę smutno mi było, że wielu kierowców którym kibicowałam w tym wyścigu odpadło. Zawiodłam się trochę na RBR bo z początku im dobrze szło, a tak właściwie to tylko Ricciardo dojechał w punktach. po obiecującym starcie myślałam że coś więcej uda im się wycisnąć  z tegorocznego bolidu. Kolejną przykrą sprawą jest to że na mecie nie było żadnego reprezentanta Williamsa.
W dosyć nieciekawy sposób wyścig zakończył także Kimi Raikkonen. Najbardziej przeżywałam jego wycofanie się bo liczyłam na dobry wynik w wykonaniu Icemana.
Do końca sezon pozostały jeszcze trzy wyścigi. Mistrza już mamy ale poszczególni kierowcy będą  walczyć o wyższe pozycje w generalce. Tak więc widzimy się już za niedługo w Meksyku ...

5 komentarzy:

  1. Tak, z twoich wcześniejszych postów da sie wywnioskować iż lubisz kiedy jedne kierowca est najlepszy. Wydaje mi sie że to dobra cecha. W środku posta napisałaś że był to bardzo emocjonujący wyścig. Potem jednak dodałas że aż ośmiu (tak? ośmiu xd?) nie ukończyło trasy. Niestety za emocje trzeba płacić niezdrowymi końcówkami wielkich zdarzeń. Ciekawy post :3
    Pozdrawiam
    atkasblog.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. To dobrze, że się nie nudziłaś! Ale w sumie to serio smutne, jak aż tylu kierowców nie ukończyło wyścigu :(
    PS. za każdym razem, jak piszesz Nico to mi się kojarzy Nico di Angelo z Olimpijskich Herosów no :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Wiem co możesz czuć. Ja także nie lubię gdy jedna ze stron zawsze wygrywa albo przegrywa, zazwyczaj w grach komputerowych lubię jak raz czy dwa uda się wygrać stronie przeciwnej. Gra jest wtedy bardziej emocjonująca i osobista, bo chcesz jeszcze bardziej pokonać swoich wrogów. Rzadko się zdarza by gra bez podobnego zagrania (oczywiście musi być jakieś oryginalne w niespodziewanym momencie) jakoś mnie bardzo zachwyciła. Chociaż w sporcie raczej nic nie jest tak reżyserowane i każdy chce wygrać, więc ciężko kogoś winić z monotonny obrót spraw.
    Pozdro.
    PS: Widziałam fotki z googla, o których mówiłaś. Reakcja: dobre połączenie!

    OdpowiedzUsuń
  4. bardzo ciekawie napisane, może nie wszystko do końca rozumiem, bo w końcu to nie moja działka (haha), to i tak podoba mi się. pozdrawiam,
    daryyl.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń