niedziela, 17 grudnia 2017

Wygrana zamiast tortu i pech Seby

Po fatalnym wyścigu w Singapurze miałam nadzieję że Vettel odrobi straty. Z niecierpliwością oczekiwałam na wyścig w Malezji. Po treningach byłam niemal pewna że Sebastian będzie jednym z kandydatów do Pole Position. Niestety mój optymizm zniknął po pierwszej z trzech części kwalifikacji, kiedy to awaria samochodu zmusiła go do zjechania do garażu. To przekreśliło jego szanse na dobry start. Zapowiadało się że do wyścigu ruszy z samego końca stawki. Moja reakcja była mniej więcej taka:
Rok temu Malezja także nie była szczęśliwa dla Vettela bo tuż po starcie zmuszony był się wycofać, ze względu na incydent z Rosbergiem.
Pierwsza linia należała do Hamiltona i Raikkonena, jednak Iceman ze względu na problemy z samochodem nawet nie wystartował.
Co prawda Lewis utrzymał pierwsze miejsce na starcie, ale z okazji postanowił skorzystać Max Verstappen i już na czwartym okrążeniu doszło między nimi do walki z której obronną ręką wyszedł holender. Na dziewiątym kółku doszło do walki na linii Ricciardo - Bottas.  Red Bull po raz drugi w tym wyścigu pokazał ze to właśnie on ma lepszą passę w tym wyścigu.
W Grand Prix Malezji doszło do zmiany w jednym fotelu Scuderii Toro Rosso. Zespół postanowił zastąpić Daniłła Kvyata innym kierowcą - Pierrem Gasly. Niestety jego debiut do idealnych nie należał bo dwudziestojednoletni zawodnik zakończył swoje pierwsze zawody na odległym i niepunktowanym czternastym miejscu.
Wyścig w Malezji należał do Maxa Verstappena. Mimo iż nie przepadam za nim to cieszy mnie jego wygrana. Tuż za nim na mecie zameldował się Lewis Hamilton, podtrzymując przy tym dobre imię Mercedesa. Trzecie miejsce zajął kolega z z zespołu Maxa - Daniel Ricciardo, który rok temu triumfował na tym torze i pił szampan z buta. Tuż za podium zameldował się Sebastian Vettel, który przez całe zawody dzielnie przebijał się do przodu po kolejne punkty.
I tuż po przekroczeniu mety przez Sebę zrozumiałam że moje siedem sezonów ślęczenia nad wyścigami to za mało i nie wszystko jeszcze widziałam. Uświadomił mi to Lance Stroll, który wjechał w tył bolidu Vettela.Tak że ten ...

niedziela, 10 grudnia 2017

(Nie)Szczęśliwy Singapur ...

Oglądając wyścigi mam stycznosć z różnymi sytuacjami, które mają miejsce na torze. A zwłaszcza w Singapurze, gdzie nigdy nie ma miejsca na nudę. Jest to bardzo specyficzne miejsce. Uliczny wąski tor sprawia że trudno jest o wyprzedzanie, niewielki błąd może sprawić ze pożegnamy się z wyścigiem i dobrym rezultatem. Wtedy kierowca samochodu bezpieczeństwa ma pełne ręce roboty.
Co roku czekam aż kierowcy zawitają na Marina Bay.Te zawody są o tyle wyjątkowe, ponieważ  rozgrywają się w nocy przy sztucznym świetle.  Dzięki temu wyścig nabiera specyficznego tak jakby magicznego klimatu. Niektórzy mówią ze w Grand Prix Singapuru zwycięstwo odnoszą tylko mistrzowie świata. Jest w tym trochę prawdy. Rok temu zwyciężył tutaj Nico Rosenberg mimo iż po mistrzowską koronę sięgnął dopiero na koniec sezonu.
W tym roku kwalifikacje należały do Sebastiana Vettela. Liczyłam że wyścig także pójdzie według jego myśli, zwłaszcza że toczy walkę  z Lewisem Hamiltonem o tytuł. Niestety tak dobrze nie było.
Już na pierwszym okrążeniu doszło do kraksy i zarówno Vettel jak i Raikkonen musieli pożegnać się z rywalizacją. Trochę szkodami było że obydwaj kierowcy Ferrari odpadli na starcie, bo liczyłam na dobry wynik z ich strony a tu takie rozczarowanie. W tym wypadku swój udział miał także Max Verstappen, który także zakończył rywalizacje i przy okazji wpadł na Fernando Alonso. Na szczęście żadnemu z kierowców nic się nie stało.
Ten spektakularny wypadek na początku wyścigu sprawił że startujący z odległej pozycji Hamilton miał ułatwione zadanie. Dwaj najwięksi rywale odpadli więc dobry wynik w wyścigu był tylko formalnością. Udało mu się dojechać do mety na pierwszym miejscu. Za nim znalazł się ratujący honor Red Bulla Daniel Ricciardo. Najniższy stopień podium przypadł Valtteriemu Bottasowi.
Ogółem w wyścigu do mety dojechało tylko dwunastu z dwudziestu kierowców. Marina Bay okazała się być bezlitosna dla wielu zawodników. Po za punktowaną dziesiątką znaleźli się Felipe Massa i Pascal Wehrlein.
W Singapurze potwierdziła się także kolejna teoria, że ten wyścig nie może obejść się bez samochodu bezpieczeństwa. Od początku istnienia tej Grand Prix w każdych zawodach musiał wyjechać samochód bezpieczeństwa. W tym roku także był widziany na torze.
Tak więc pożegnaliśmy Singapur, czas się pakować i jechać do Malezji, gdzie już za niedługo rozpocznie się kolejna walka o mistrzowską koronę.

Zapraszam Was na mojego Instagrama: instagram.com/blackshadowf1